wtorek, 5 sierpnia 2014

Ni z gruszki, ni z pietruszki…


                Czas wakacji. Czasem myślę sobie, że wakacje mają w sobie coś z przeszłości i przyszłości. I ja na przekór kalendarzowemu porządkowi bardziej wspominam w sierpniu, a  o przyszłości  rozmyślam sobie w lipcu.  Nie ulega jednakże wątpliwości, że jest to dla mnie czas wielkiej szczęśliwości, kiedy to jest mi w życiu lepiej niż kiedy indziej. I zapewniam, że nie jest to li tylko związane z „nieczynieniem” pracy.
                Ostatnio na spotkaniu  zapytano mnie, czy jestem szczęśliwa. Pytanie o tyle mnie zaskoczyło, że dotyka dość intymnej sfery życia. Coś tam powiedziałam, oczywiście nie do końca, dając czytelną odpowiedź. Ale pytanie mnie zafrapowało i zostało we mnie. Strasznie trudno określić to, czym jest szczęście i nie silę tu się w żadnym razie na jakąkolwiek oryginalność, by próbować konstruować jakieś prawidło, bo przecież  taką trudną materią głowią się filozofowie, etycy i myślę sobie wiele, wiele osób, którzy idą przez życie refleksyjnie, a tak czy siak jednoznacznej definicji nie mogą podać. Jednak ostatnio coraz to pytanie  mnie dopada. Czy jestem szczęśliwa? Czy stan zadowolenia to już przedsionek szczęścia? Czy bywam szczęśliwa? A jeśli - to czy takie permanentne poczucie szczęścia niezakłócone absolutnie przez nic: za ciasną sukienką, deszczową pogodą, czy może coś jeszcze zgoła innego, co nie do końca sobie uświadamiam to właśnie szczęście, czy coś bardziej skomplikowanego. Starożytni  mawiali, że brak nieszczęścia to już szczęście.  Ale czy na pewno? Niechaj więc stanie na tym: fajnie jest żyć! A definiowanie pozostawiam mędrcom. I parlando!