sobota, 22 grudnia 2012

Trudny świąt czas, czyli refleksja na okoliczność końca roku i nie tylko….

zdjęcie z Internetu grimma blox.pl
 
http://www.youtube.com/watch?hl=pl&gl=PL&v=fcz7klh-qdI
 
                Nie jestem Matka Teresa ani nawet Janusz Korczak. Brak mi siły, determinacji, pewnie też i chęci na misję. Lubię, gdy mi ciepło, wygodnie i błogo… Kiedy zdarza  mi się namacać luksus, czuję się świetnie i, choćby nie wiem co, nie potrafię wykrzesać z siebie poczucia skonfundowania, czy wstydu, że się tak rozpasam i pławię, podczas, gdy tyle nieszczęść na świecie… I tak marnie sobie żyję. „Szału nie ma” – mógłby ktoś rzec. I nie ma! Anim ja wyjątkowa, anim szlachetna! Ot! Życie jak życie! Jak coś da się ugrać, to grać trzeba, jak czas się pochylić… też się zdarza.  A jednak… Jednak, gdy tak sobie wspomnę wczorajsze spotkania z moimi szkolnymi dzieciakami, to tak bardzo chciałabym mieć w sobie MOC.  I tak za jej sprawą nakazałabym Losowi, by Antkowi przywiódł do domu matkę, która za chlebem pojechała albo jeszcze Bóg wie za czym, czy za kim ( bo mi kiedyś zdradził, że najbardziej ale to najbardziej na świecie lubi gotować z mamą w kuchni. A  nawiasem mówiąc, chłop jak dąb i wąs mu się pod nosem kręci). A potem sprawiłabym, by ojciec Ewki pojawił się u niej na Wigilię, bo choć przecież w życiu tak bywa, że dorośli nie umieją się już kochać i żyć ze sobą, ale dziecko, to dziecko – niby wie, niby nie, że tak już jest ten świat urządzony. Ale w tę jeden, jedyny wieczór chciałoby, żeby tak mama i tata… razem…  I jeszcze dałby Pan Bóg albo Opatrzność, Los albo Budda – jak zwał tak zwał, by mama Ali przestała pić i wyszła z tego swojego zapijaczonego świata i zobaczyła, ile lat straciła i, ile łez wylała jej nagle dostrzeżona córka, kiedy to nocami nasłuchiwała odgłosów domu, a potem pijackich pretensji o  zmarnowane życie. Dobrze by było, gdyby tą mocą niezwykłą dałoby się wymalować  uśmiech na twarzy Adasia, co to śliczny jak samo malowanie, ale przy byle uwadze, chowa głowę w ramiona i nie umie strachu a może speszenia przegonić ze swojej twarzy.  Kiedy to by się wszystko spełniło, a przecież to znów nie tak wiele!, to fajnie by było, gdybym mogła dać Dorotce komputer, żeby na fejsbuku też sobie mogła z koleżankami „polubiać” różne rzeczy i komentować zdęcia podpisując je: „moje ty śliczności” albo „sweet”.  I może dałoby też radę, by Zuzia nie stała wciąż z boku i z zachwytem w oczach patrzyła jak jej koleżanki śmieją się i ściskając się w koleżeńskim uścisku, szeptały sobie do ucha słodkie tajemnice pierwszych zakochań, ale by i ona miała wypieki na twarzy i błysk w oczach, bo Patryk z II a spojrzał na nią trzy razy w czasie krótkiej przerwy na łączniku. Jeszcze też bym chciała wykorzystać tę moc, by dać Agacie głos, co by zabrzmiał jak dzwon i rozdzwonił się po korytarzach i klasach, i salach domów kultury i innych, i… w końcu wszyscy by usłyszeli, że Agata mówi. Nie tak po prostu, ale że jej głos sięga serc i umysłów! Że w końcu ludzie zobaczą, że ona jest! I jest ważna!
Taka MOC! Oj przydałaby się! Bo wtedy też mogłabym sprawić, że  Ula nie musiałaby jeść i jeść, i jeść, by zagryźć wszystkie swoje zgryzoty, co to potem niezmetabolizowane, idą w biodra, w brzuchy, w uda i … w głowy. A może starczyłoby i na moc dla Józefka, któremu prochy strzaskały psychikę, że on, biedak, sam nie wie,  o co chodzi w tym życiu…
                Nie jestem Matka Teresa ani Janusz Korczak… Czasem zaglądam w moje serce i dziwię się, że jeszcze bije… Czasem muszę popukać… by biło…..
( jeszcze raz) http://www.youtube.com/watch?hl=pl&gl=PL&v=fcz7klh-qdI