wtorek, 24 maja 2016

Kiedy odchodzi przyjaciel – o Romie

Kiedy odchodzi przyjaciel – o Romie



            Nie szukałam nowych przyjaźni.  W tej kwestii moje życie płynęło spokojnie i  było stałe. Przez lata to co się miało wykruszyć – się  wykruszyło, co miało zostać – zostało. Cieszę się, że ci, którzy zostali przy mnie wciąż z niezmiennym zainteresowaniem partycypują w moim życiu. Zarówno w radościach, jak i troskach. Spotykam się z nimi. Częściej, rzadziej… Nigdy jednak nie dopuszczam do milczenia. Myślę sobie, że zbyt długie zabija przyjaźń. Tak więc – choćby słowo, pusty sms. Żeby dać znak: To ja. Żyję. Jestem. Może chwilowo mniej, ale jestem.
            Ona pojawiła się nieoczekiwanie. Nie, żeby nagle i z księżyca. Znałyśmy się lata całe. Ba! Gdy przypadkiem wpadłyśmy na siebie, cmokałyśmy się w policzki. Cmok, cmok. A potem długo, długo rozmawiałyśmy, dzieląc się swoim życiem. Co u ciebie, u dzieci? Co piszesz? Czy malujesz? Jak zdrowie? Przestępowałyśmy z nogi na nogę, bo ciężko jej było ustać w jednym miejscu. Bolały nogi, kręgosłupy, padały deszcze lub ktoś gdzieś czekał. Nasze spotkania były fascynujące. Ona – mówiła, ja – mówiłam… i obie słuchałyśmy. Lubiłam jej słuchać, choć zdarzało się, że już znam tę czy inną historię. Ale w jej ustach brzmiała jak opowiadana pierwszy raz. I rozstawałyśmy się. Czasem oglądałam się za nią aż znikała za zakrętem lub ginęła w jakiejś uliczce.Bywało, że wyświadczałam jej drobną przysługę. Wiozłam ją na badania albo jakieś inne drobne sprawy. Zawsze czuła się niezmiernie skrępowana tym, że „zdarzyło” jej się poprosić. Nie lubiła frapować sobą ludzi, choć przecież nierzadko oni prosili ją o różne rzeczy. O teksty, rysunki, obrazy, spotkania… Nie odmawiała. Pamiętam kilka lat temu poprosiłam o to, by pozwoliła mi wykorzystać jeden ze swoich obrazów ( nota bene należący do mnie, bo kiedyś dawno miała u nas w sklepie – kwiaciarni swoją małą galeryjkę i dwa z obrazów urzekły mnie i mojego K., więc zakupiliśmy je. Były nietanie, ale zdecydowaliśmy się. Wciąż mnie zachwycają)
- Nie ma problemu… - powiedziała. – Wykorzystaj je.
Ale ja wówczas nie miałam pojęcia, jak to zrobić, by było uczciwie z zachowaniem praw autorskich i zrezygnowałam.
Po latach jednak zamarzyłam, by moje wiersze były opatrzone Jej rysunkami. Poprosiłam Ją o to. Dałam wiersze. Podobały się. Jednak powiedziała:
- Już nie dam rady zilustrować twoich wierszy, Małgosiu, ale jak przyjdzie Adaś, to znajdzie teczkę z moimi rysunkami i możesz wziąć te, które tylko Ci się spodobają. ( Mój tomik Żywot jętki jest pięknie zilustrowany)
To chyba wówczas, przyszłymi go głowy, żeby napisać o Niej. Miałam wprawdzie w zamyśle kilka koncepcji na nową powieść, ale pomyślałam sobie, że przecież nie jestem w stanie wymyślić tak szalenie interesującej, bogatej, intrygującej bohaterki jak Ona. Długo nosiłam się z tym zamiarem… Czy zechce? Czy mnie nie zbeszta, nie wyśmieje? Bo w końcu kim jestem, abym grzebała w Jej  życiorysie?
Któregoś wieczoru zadzwoniłam. Raz kozie śmierć.
- Chcę napisać o tobie, Roma – powiedziałam. Zwyczajnie. Tak, jakbym zamierzała oznajmić: chcę cię zaprosić na kawę. A nie tak, jakbym informowała kogoś o tym, że właśnie oczekuję od niego sprania się ze swojego życia. Że liczę na odsłonięcie zasłoniętego, na rozdrapanie zabliźnionych ran, na akty ekshibicjonizmu, do których ciężko  się będzie przyznać. – Nosisz w sobie tyle historii. Szkoda, by przepadły – dodałam.
- Ja ci opowiem wszystko! Co tylko będziesz chciała! Możesz pytać. Odpowiem na każde twoje pytanie – głos Romy drżał. (...) 
- Ale nie będziesz mnie nagrywać – spytała. – Mikrofon. Dyktafon… to takie bezduszne… - W tonie jej głosu słychać było jakąś niepewność, może nawet próbę tłumaczenia się. Nie lubiła techniki. Na ile mogła, broniła się przed nią. I nawet telefon, z którego teraz korzystała, dostała od syna. Nalegał. Tak było mu łatwiej. Od jakiegoś czasu trudno było mu pogodzić się z myślą, że jest tak daleko od niej. I on, i Elka. Wiedział jednak, że za żadne skarby nie wyrwie jej z Barlinka. Wszczepiła się tu. Zapuściła tak głęboko korzenie. Splątane, wrośnięte nie dadzą się ruszyć. – Ja z miejsca tracę rezon – jakby wystraszyła się, że zrezygnuję z tego pomysłu, pospieszyła z wyjaśnieniem.
- Ja chcę rozmawiać. Nie mówić. Mówić mogę do siebie – dodała z zadziwiającą żarliwością. – W końcu od dawna mieszkam sama. Możesz notować. Wszystko. Jak trzeba, powtórzę.( to cytat z powieści o Niej)
            Spotykałyśmy się codziennie. Jakoś od końca stycznia. Ja z białym notesem, który bardzo lubiła biegłam przez podwórze. Ona – szurając nogami wpuszczała mnie do siebie, ale najczęściej zostawiała już uchylone drzwi. Siadałyśmy w kuchni. Wśród drewnianych ptaków, dzwonków, aniołów. Przynosiłam jej kwiaty – najczęściej tulipany, czasem hiacynty w doniczce. I czekoladę. Krówkową.  Tylko taką mogła jeść. Była miękka i dawała się z łatwością przełknąć.
            Była chora. Czułam to. Ze wszystkich sił próbowała ukryć fakt, że cierpi, lecz kiepska z Niej aktorka.. Ale bardzo dzielna. Niezłomna.
     Z czasem nasze spotkania stawały się krótsze...Wizyty u lekarzy, badania zabierały n a s z   c z a s. Ale to co! Przecież najważniejsze było, żeby czuła się dobrze. By nie bolało. Umiała zaciskać zęby. Tak, by nawet najcichsze syknięcie nie wydostało się na zewnątrz. A nawet jeśli wymsknęło się, mówiła:
- Widać tak już musi być. Cholera! Całe życie pod górkę!
Zaraz jednak zacinała się jakby było jej wstyd, że dała się nakryć. Po chwili uśmiechała się tym swoim uśmiechem i opowiadała dalej. O Kopyczyńcach, o Kutcu, Maksymiukowej… , o Bieszczadach, Kanie. Diabłach, potercukach, puszczy, aniołach…. Mój ty Boże! Ile tego było! Czasem żartowała:
- Wiesz, już sama nie wiem, co jest prawdą, a co zmyśleniem.
            Na początku maja wyjechałam na kilka dni. Została w domu. Martwiłam się, bo słabła. Lekarz zaordynował kroplówki. Nie dzwoniłam. Nie chciałam jej narażać na koszty, a byłyby wysokie, bo przecież zapewne musiałaby mi o wszystkim opowiedzieć.  Którejś nocy miałam zły sen.  Starałam się odgonić złe myśli, ale tkwiły uparcie w tyle głowy. Nie mogłam przestać o niej myśleć.
Zaraz po powrocie zadzwoniłam do Niej.
- Małgosiu, wiesz jestem w szpitalu  - oświadczyła, relacjonując szczegółowo okoliczności.
Byłam wściekła na wszystko:
- Wiedziałam Roma. Wiedziałam!
Pobiegłam do Niej. Widziałam, jak się ucieszyła...
                        Przychodziłam do niej codziennie. Czekała na mnie. Udało mi się zabrać ją na spacer. Do lasu. Ciężkie koła terkotały po nierównym podłożu. Starała się opanować grymas bólu. Widziałam jej radość, kiedy weszłyśmy w las. Była zachwycona i spokojna. Wokół zieleń już wybujała, ptaki urządziły jej koncert.
- Wiesz – powiedziała, zgłodniałymi oczami chłonąc rozciągający się przed nią starodrzew. – Cieszę się, że lekarze wreszcie znaleźli przyczynę. – Oni się bardzo starali. I w końcu doszli, że to wszystko przez tego raka. ( Bardzo ufała doktorowi P. oraz M. i G.)
            Kurczyła się z dnia na dzień. Nikła pod kołdrą. Wyostrzały się rysy. Cierpiała. Nie lubiłam wychodzić od Niej.
- Wiesz, że nie lubię, gdy odchodzisz – mówiła, uśmiechając się kącikiem ust.
- Ja też  nie lubię odchodzić – odpowiadałam.
Najtrudniej było mi wychodzić z oddziału w Gorzowie, bo nie mogłam wrócić tego samego dnia.
            Któregoś dnia – było jej już niewiele – chwyciła  mnie za ręce i zapytała:
- Małgosiu! Ale nie zostawisz mnie?
Był w tym pytaniu strach.
-Nie zostawię, Roma – zapewniałam.
            I nie zostawiłam. Bo obietnic przecież należy dotrzymywać. Prawda?
            Odeszła przy mnie. W niedzielę. Cicho i spokojnie. Bez żadnych dramatycznych scen.
Byłam z Nią. I chyba jest mi z tym dobrze. Spojrzałam na to z innej perspektywy i widzę, że owo przejście na drugą stronę nie musi być dramatyczne. Jutro pogrzeb. Szykuje się wielka pompatyczna uroczystość, z notablami, z przemówieniami. Będę tam. Będę dumna z Niej. Jak jest wielka. Roma Barlinecka.
            Może mnie dojrzy wśród tego tłumu. Bo przecież wiem, że też, choć krótko, byłam dla niej ważna. Bo byłam często, bo blisko, bo pisałam o Niej, bo byłam jej „konfesjonałem”, kronikarką, bo… bo wreszcie Roma  z pewnością miała przeczucie owej schyłkowości swojej, a ja dawałam jej kolejną szansę na wieczną pamięć, ale wiem, że miała wielu przyjaciół. Byli z Nią szmat czasu. Rozumiem ich poczucie straty.  Co zresztą nie zmienia faktu, że i ja zżyłam się z Nią, z jej chorobą, z jej umieraniem. I właśnie to uczyniło naszą relację niesamowitą i niezmiernie intymną.

            Romo! W czepku urodzona. Tęczowa Rybo ze snu swego ojca, Królowo Barlineckiej Puszczy… Mamy wobec siebie zobowiązania.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

I chce się śpiewać za Agnieszką Osiecką: Historio, historio, cóżeś Ty za pani..., że za tobą...

I chce się śpiewać za Agnieszką Osiecką: Historio, historio, cóżeś Ty za pani..., że za tobą...


Przyrzekam sama sobie, że jak tylko skończę powieść Roma, zabiorę się za coś lekkiego. Nie zaoszczędzę na pewno na języku( ci, którzy lubią moją narrację, nie  zawiodą się), ale muszę się rozkondensować, ponapawać  luksusami,  błękitami, lazurami, poprzechadzać się południowymi, ciasnymi uliczkami, powymyślać romantyczne, liryczne historie… Muszę!!!
                Po Malowanym ptaku( który, jak się okazało dość daleki od dokumentu) zarzekałam się  jak żaba błota –żadnych  takich makabr… Brrr! Zbyt mocno uderzały we mnie, na zbyt długo pozostawały we mnie. I udawało mi się. Choć zawsze na krótko. Bo też zawsze coś się napotyczyło, co trzeba, wypada przeczytać. A bo to nagrodzone albo historycznie ważne. Albo Dziewczynka w czerwonym płaszczyku, albo Chłopiec pasiastej piżamie, albo Wielka trwoga, albo…  Przełknęłam. Bo jakże to! Nie takie łyżki dziegciu człowiek jest w stanie. Ale tak czy siak postanowiłam być bardziej baczna! Zanim kupiłam książkę czy tez obejrzałam film, obczytywałam recenzję, śledziłam, badałam. Terapeuci wszelkiej maści powiadają, że trzeba sięgnąć  dna, by sięgnąć istoty własnego problemu.   I ja się ( zdawać mogło) ubabrałam się w owej istocie i powoli wyłaniałam się  na powierzchnię. Czytałam dużo, nieco mniej oglądałam, ale staram się, choćby to co warte czasu. I jakoś udawało mi się powoli, powoli, poodcinać od historycznego piekła. Prawie ozdrowiałam. Prawie… Bo  trudna, okrutna historia zrazu delikatnie, ledwie epizodami, potem coraz bardziej i  bardziej, aż wreszcie wtoczyła się we mnie z impetem. I tak guzik z mojej deklaracji odcięcia się od historii! Guzik z pętelką!
 A tu niepostrzeżenie znów zaatakowałam sama siebie Różą, Różyczką, Pokłosiem… Idą. Żeby się dobić  wzięłam na karb epizod z Wyznaję Cabre, w całości przełknęłam Sońkę,  ostatnią propozycję Axellson  - Ja nie jestem Miriam, a jeszcze ostatnio zakupiłam Jonathana Littella Łaskawe z intencją nieodzownej lektury. Poniewieram się emocjonalnie do cna
                Ba! Jakby tego było mało! To teraz nie dość że czytam, to jeszcze sama piszę. Babram się w historii, w koegzystencji, w odszczepieniu, … eksploruję poranione przestrzenie… Podole, tam Majdan, nieludzkości i apogeum dehumanizacji.  I po co? I na co? Ano po to, by  pokazać, że człowiek nie wyskoczył sroce spod ogona, nie wyrósł wśród głąbów kapusty. Ma swoje umocowania. Konkretne. Niekiedy trudne do oceny, czasem dramatyczne. I tym to sposobem znów się  zakopałam, znów się katuję emocjonalnie, znów czytam, grzebię, weryfikuję… Widać taka moja karma.



piątek, 26 lutego 2016

Naprawdę jaka jestem nie wie nikt, czyli o tym, że jest we mnie nieziemski pierwiastek i nie ma co z tym walczyć.

            
Naprawdę jaka jestem nie wie nikt, czyli o tym, że jest we mnie nieziemski pierwiastek i nie ma co z tym walczyć.
 

            Czasem myślę, że jestem aniołem, wróżką, cudotwórczynią, robokopoem… Bo przecież z typowymi dla człowieka ludzkimi cechami nie dałabym rady stawić czoła milionom większych, mniejszych spraw. Mało, przy wielu z nich wykazuję się absolutnie nadprzyrodzonymi zdolnościami. Przykładów potwierdzających paradygmat o mojej niesamowitości jest multum, ja zaś ograniczę się do kilku, może nawet banalnych, przykładów. Otóż:
Marcel szuka podręcznika od matematyki… Bo przecież niedawno był! Namacalnie, fizycznie w konkretnym miejscu, a mianowicie w plecaku. Sugeruję jednak dyskretnie, by jeszcze raz zajrzał do niego, a jeśli nie ma – to sprawdził w szafce, co mój syn, oczywiście czyni. Niestety, intensywne poszukiwania spełzają na niczym! Podręcznik wcięło albo diabli go wzięli. Nic! Tylko muszę użyć swoich mocy. Schylam się zatem, szepczę szatańskie zaklęcia, potem dokonuję tajemnej eksploracji i oto wyciągam z czeluści marcelowej szafki podręcznik! Barawo ja! Podobnie ma się rzecz z zagubionymi spodenkami  do squasha  mojego męża. Jakaś cholera, zapewne pod osłoną nocy wkradła się do naszego domu i opętana żądzą czynienia zła, zakorbiła mężowski stój. I znowu ja, niczym niezłomna superbohaterka,  uzbrajam się w nieziemskie moce, wkraczam do akcji. Zagrzebuję się w  szufladę i, voila! odnajduję zgubę.  Nie chcę nawet wspominać, jakich wysiłków, forteli, zaklęć muszę użyć, by odnaleźć zagubione metryki, akty notarialne… ba! nawet  toczę walkę z komputerem, który całkiem świadomie i złośliwie, nie jak bezduszne urządzenia, ale rozmyślnie działający byt  chowa, Bóg wie, gdzie, pliki, zdjęcia, scany… Piekielne moce wrą!
Posiadam też zdolności, które w jednej chwili ( no może w dwóch) potrafią zdziałać cuda. Sprawić, że coś, czego nie ma, pojawia się znikąd. Oto, na przykład, proszę mojego męża, czy syna, by kupili mi w pobliskim sklepie włoszczyznę. Warzywa krojone  w julienne. Na wypadek niezrozumienia wyciągam z kosza na śmieci woreczek po, na którym pokazuję, że jest marchewka, seler i por… Jasne? Jasne! Niestety, okazuje się, że dotąd pełne owej włoszczyzny bonety, naraz opustoszały. No coż! Trudno! Idę więc  sama, by „skompletować” jakiś  warzywny zestawik do obiadu.  Marcheweczka, selerek,pietruszeczka… Aż nagle mój wzrok pada na bonet! A tu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyrastają „kopczyki”  moich warzyw krojonych w julienne. Szczęśliwa wracam do domu i już od progu krzyczę:
- Zobacz, zobacz! A jednak były!!!
Na co mój mąż wzrusza ramionami, za wszelką cenę starając się ukryć zdumienie pomieszane ze złością i odpowiada:
-Nie wiem, jak  to się stało! Jak ja byłem, to nie było!
Nie  odezwałam się słowem. Ciiii! Nie chciałam się zdradzić ze swoimi cudownymi mocami.
Oczywiście! Te krótkie epizody nie wyczerpują tematu. To zaledwie przysłowiowy czubek góry lodowej…
A tymczasem odlatuję. Czas na sabat!
PS. W razie pilnej potrzeby proszę dzwonić, esemesować, mailować…albo, jeśli sprawa jest kategorycznie niecierpiąca zwłoki, tylko wypowiedzieć w myślach życzenie:

Gośko! Przybądź! 

czwartek, 21 stycznia 2016

Teściowa

            Temat tyle drażliwy, co nierzadko będący nieodzowny w żartach, skeczach, kabaretach. Całe pokolenia kabareciarzy budowały na niej  swoje najlepsze triki, gagi, by ludzie buchali śmiechem. Teściowa - poza polityką - najlepszy powód – satyry! Mnie zaś nasunął  się opacznie (a może i nie). Ale niewątpliwie wywołał  go sen…

Noc – od iluś dni (a może i lat) – bezsenna, pełna niespełnień, pytań egzystencjalnych, dub  smalonych  i et cetera – nie chciała się zakończyć, jak Bóg przykazał, nad ranem. Wiłam się na łóżku. Niespokojna, pobudzona, neurotyczna. Zakrywałam się i odkrywałam. Walczyłam z ciężkością taniej kołdry zakupionej ongiś w Jisku. Wywoływałam sobie w głowie obrazy rajskiej rzeczywistości: indonezyjskich wysp, błękitnych lagun, białych plaż… Wreszcie udało mi się zasnąć. Z tymi samymi danymi, tymi samymi oznaczeniami miejsc, z tą samą „obsadą aktorską”. Sny zmieniały się we mnie. Tworzyłam w sobie nowy świat. To wcale nie było trudne! Wystarczyło tylko – jak w pilocie – wcisnąć właściwy przycisk.
            Ona trafiła do mego snu. Przypadkiem. Ona – czyli moja TEŚCIOWA  (nigdy  nie polubiłam tego słowa, myślałam o niej – „mama, a nawet często zdarzało się, że mówiłam „mamusia”).  To nie była jakakolwiek kobieta, czy tylko  matka mojego męża, babka jego dzieci….. Ale  kobieta. Kobietka – mała, filigranowa, skrzętna. Całymi dniami krzątała się po domu: tu zagarnęła do pieca, tam przegoniła koty, przeprała, upichciła coś na wypadek jakby któryś z synów, wnuków wpadł ( całkiem przypadkiem zgłodniały, zmarznięty).
W ciepłe letnie dni rozparta na parapecie oglądała świat. Lubiłam, gdy wracając skądkolwiek, widziałam odchylającą się firankę, zza której machała do mnie ręką. Miałam wrażenie, że pod jej czujnym okiem nic złego zdarzyć się nie może. Ani moim synom, ani mojemu mężowi. Dobra wróżka! 
Nigdy nie usłyszałam od niej złego słowa, nie wychwyciłam choćby krzywego spojrzenia… Mało! Z jej ręki wszystko smakowało najlepiej! Niechby tyko chleb ze smalcem, czy – okraszone tłuszczem z przydymioną cebulką i ledwie przypalonym boczkiem kluski kartoflane!  Wigilia zawsze niesie smak owocowej zupy… (a przecież w stołowym nie było krochmalonego obrusa i kłujące źdźbła trawy nie wystawały spod drętwej sztampowej serwety). Zapachy, smaki pozostały pod podniebieniem na wieki wieków. We mnie, w moich synach…
Pojawiła się w moim śnie… .I lekko mi się zrobiło.
            Jutro rocznica Jej urodzin – 83? 84? Jakie to ma znaczenie!
W mej pamięci zawsze pozostanie jest tą samą babcią Wikcią. W stilonowym fartuchu, na którego granatowym tle rozkwitały kwiaty nigdy dotąd niezbadane przez botaników- fioletowe róże, niebieskie maki,  czy różowe  bławatki….- świat wyobrażony.
            Dziś ja jestem teściową, ba! babcią… nie oczekuję niczego, poza tym, by pozostawić po sobie taką dobrą pamięć jak Ona – MOJA  TEŚCIOWA.




poniedziałek, 30 listopada 2015

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

A historia ma się tak… Było to gdzieś około początków trzeciego tysiąclecia, a ściślej, było to wtedy, gdy wiedziona poczuciem odpowiedzialności, nie zważając przy tym na żadne okoliczności, po męczącej, nieprzespanej nocy postanowiłam OSOBIŚCIE  doręczyć zwolnienie lekarskie do pracy. I zapewne nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w rzeczy samej czułam się podle. Tak podle, że ledwie wyszedłszy z pracy na zewnątrz, poczułam zawrót głowy. Ostatnie co zobaczyłam to jakieś esy- floresy wyrysowane  na niebie i zemdlałam. I to może tez nie byłoby szczególnie frapujące, gdyby znów nie osobliwy fakt. A mianowicie zemdlałam na schodach. Skończyło się tym, że zabrało mnie pogotowie ze złamanym lewym barkiem i … prawą ręką. Pierwszy dzień i następującą po nim noc niewiele mnie obchodziło poza pioruńskim bólem i gorączką, która trawiła moje pokiereszowane ciało, ale potem przyszła paskudna świadomość własnej niemocy. Szalałam ze złości. Dwie ręce w gipsie- od ramion po niemalże czubki palców!  Nie będę opisywać, co się ze mną działo, bo nietrudno zgadnąć. I nie to jest przedmiotem mojego tekstu, ale to, że w stanie owego mojego kalectwa podjęłam próbę pisania powieści TONIA. Dość szybko opracowałam sposób posługiwania się klawiaturą, wystarczyło tylko tu podciąć gips, tam zwolnić temblak i już dotykałam klawiszy. Pisałam. Pełna zapału,  od czasu do czasu odpoczywając ( acz niechętnie, ale chore łapska wymuszały postój). W tzw. międzyczasie jedna pani redaktorka z pewnego wydawnictwa cokolwiek zachwyciła się moją prozą i napisała mi: „niech pani pisze, pisze, pisze, bo ma pani talent”. Tak podbudowana, nie mogłam się zatrzymać. Powieść zaczęłam, skończyłam… i potem zaczął się koszmar związany z wydaniem. Okazało się w tym całym galimatiasie, że najprostszą sprawą jest napisania powieści. Wysyłałam tu i tam. Na konkursy i   jako propozycje debiutanckie. Cisza! Wreszcie zdecydowałam się na wydawnictwo Novae Res, które zażyczyło sobie niemałą kwotę, ale jak to bywa… rozpędzona, rozemocjonowana wizją zostania „pisarką”, dałam się ( tu mogę z pełną świadomością rzec dość kolokwialnie) wpuścić się w maliny i wydałam książkę z tzw. współfinansowaniem ( cokolwiek to miało wydawnictwo na myśli, bo ja wydałam kilka tysięcy, a ile oni… tego nie wie nikt.). W międzyczasie musiałam wycofać książkę z innego wydawnictwa, w którym przystąpiłam do konkursu… Wówczas nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale potem okazało się, że moja książką miała niemałe( a może i nawet była faworytką) na wygranie konkursu. Ale trudno się mówi! Stało się! Kobyłka u płota! Czas mijał, wydawnictwo  Novae Res, pieniądz zgarnęło,wydało i zapomniało o powieści. Staraniem pani K. powieść  była czytana dwukrotnie w Radio Zachód, ale i to nie uchroniło jej przed niechybnym zapomnieniem. TONIA tonęła, tonęła w trywialnym morzu zapomnienia. Lata mijały, pozostało zgorzknienie i żal, choć już potem udało mi się nawiązać współpracę z innymi wydawnictwami i napisać kilka niezłych naprawdę powieści. Wciąż jednak pozostawało we mnie owo uczucie rozgoryczenia związane z Tonią, bo to chyba… najlepsza z moich powieści, a zapewne najbardziej przeze mnie ukochana. Pewnego razu zwróciłam się do wydawnictwa, z którym związałam się, a mianowicie, z Prószyńskim, aby zechcieli moją Tonię… Niestety szacowne kolegium nie zdecydowało się na jej wydanie. I wówczas przyszedł mi do głowy ów szalony pomysł, by jeszcze raz wysłać książkę, do Repliki, która od początku zdawała się dostrzec wielki potencjał owej książki. Napisałam. I co… I zgodzili się! I w poniedziałek ubiegły wysłałam podpisaną umowę na wydanie mojej Toni! I czekam na to wszystkie etapy pracy poprzedzającej ukazanie się powieści! I liczę na to, że wreszcie TONIA dostanie logiczną okładkę i „nowe życie”. I będzie żyła długo i szczęśliwie, bo to naprawdę jest DOSKONAŁA POWIEŚĆ!

A tu poniżej fragment Toni

Część I
1.Imię


            Tonia była jak tysiące innych kobiet – Jolek, Mart, Ewek. Ani ładna, ani brzydka. Tonia była cudnie zwykła. Plątała się w moim życiu, chyba od trzydziestu lat. Pojawiała się na przykład o siódmej rano i była zdziwiona choćby tym, że śpię albo że ty jesteś w domu.
– A co ty tu jeszcze robisz? – wołała do ciebie, ciągnąc za sobą zapach niewywietrzonej po nocy klatki schodowej.
– Ja tu mieszkam – mówiłeś i już się uśmiechałeś, bo tylko Tonia miała niepisane przyzwolenie na oglądanie ciebie bez pełnego rynsztunku.
– Ta znowu w tych swoich satynowych koszulkach – mówiła o mnie i leciała prosto do kuchni wstawić wodę na kawę.
Wpadała ze łzami, ze śmiechem lub ze świeżymi bułkami, bo właśnie ją naszło – między jedną, a drugą namiętnością do niego, między jedną, a drugą awanturą z nim.
-– Ja już nie mam siły – skomlała od progu, rzucając mi się na szyję.
Czasami udawała, że nie ma jej na świecie. Wtedy gotowała, sprzątała, urządzała ogród, malowała mieszkanie i… żyła sama, sama, samiuteńka ze sobą. Zbierała energię. Szamaniła sobie, paliła kadzidełka o wymyślnych zapachach, tybetańskie, wytwarzane z wedyjskimi recepturami, ajurwedyjskimi zapisami, niwelujące stany rozstroju nerwowego. Oparte na prastarych formułach, używane w medycynie i medytacji. Zapachy świątyń buddyjskich i indyjskich stosowane podczas pujy (tybetańskiej medytacji) i przy oczyszczaniu. Paliła czarne świece i rozmawiała ze zwierzakami. Bo Tonia uwielbia zwierzaki, ale z medytacją buddyjską nie ma nic wspólnego.
            Kiedyś chciała zostać weterynarzem, ale… nie wyszło. Jak miliony innych rzeczy, które się jej nie udały. Które miały być dla niej ważne.
Miało upływać owo życie Toni z dystynkcją właściwą Antoninie – takie imię wybrali jej rodzice; nie wiedzieć czemu, bo matka to normalna Zośka z domu Babuch, a ojciec – Stefan Podjezdny. Skąd u nich taka fantazja, tego, jak Tonia mawiała, nie wiedzieli nawet najstarsi Indianie. Antonina Podjezdna. Niemożliwe, by Podjezdni – ludzie prości (i spokojni z tego powodu – niewiele chcieli od życia) wiedzieli, że imię to nosiło tyle aktorek teatralnych, operowych: Filleborn, Gordon-Górecka, Hoffman, Kawecka, Klońska czy Radwan. Nie mieli też pojęcia, że imię jest życzeniem rodziców dla dziecka. Gdyby o tym wiedzieli – nie daj Bóg – można by podejrzewać, że na Tonię spadłby splendor sławy związanej z wybitnymi kreacjami teatralnymi, filmowymi czy operowymi. A tymczasem ani nie umiała śpiewać, choć bardzo lubiła, a i z pamięcią niezbyt dobrze, więc i wszelkie występy, na których musiałaby się popisywać deklamacjami, pozostawały poza jej zasięgiem. Mogliby i od Marii Antoniny zaczerpnąć, ale przecież ta skończyła sromotnie. Chyba nie życzyliby takiego losu ani własnemu dziecku, ani sobie… Właśnie! Może moja Tonia to taka Maria Antonina… .A gdzież tam! Tonia to Tonia.
-– Zobaczysz – zarzekała się – kiedyś będę obrzydliwie bogata. Kupię ci tę kolię, która tak bardzo podobała ci się w Centrum, i torbę Wittchen, i perfumy Guerlain, krem… i… –cudownie rozmarzała się i tak, że inaczej być nie mogło.
            Nieszczególnie martwiła się tym, jak ją nazwano. Nie czuła związku między życiem i imieniem; te kwestie nie były immanentnie zależne od siebie. Swoje psy nazwała Klara i Aurela. Dzieci całkiem normalnie: Kaśka, Marcin i Dawid. Jego imię też było prozaicznie niewymowne – Roman. Bo Tonia nie widziała w imionach żadnej magii. Ktoś jakoś się nazywa, bo tak – i tyle! Wszelkie imaginacje, klątwy, kabały – owszem, ale imię…? – ot! Chwila. Nie wiesz, jak nazwać psa, dziecko, przezwać kogoś? Ona rzuca: pies – Baron, córka – Matylda. Jestem zmęczona i nie miałam czasu na makijaż – Tonia mówi, że wyglądam jak stara Figaszewska.
– Która to Figaszewska? – pytałam przykładowo.
– Skąd mam wiedzieć? – odpowiadała. – Przecież nie znam żadnej. Nikt z taką łatwością nie znajduje nazw jak Tonia. I już każdy ma imię. I to jakie ładne!