poniedziałek, 19 listopada 2012

Spotkania, spotkania….czyli o tym, że wbrew prawom biologii, wbrew logice i społecznemu odbiorowi czasem zdarza się, że skrzydła odrastają ( choć niekiedy są to może doskonałe protezy)









Spotkania, spotkania….czyli o tym, że wbrew  prawom biologii, wbrew logice i społecznemu odbiorowi czasem zdarza się, że skrzydła odrastają ( choć niekiedy są to może doskonałe protezy)
       Anka trzymała w ręku niewielkiego motyla. Nie było w nim szczególnego uroku. Był powszechny, taki bez żadnych szczególnych cech. Ot!  Zwykły, może nawet trywialny bielinek kapustnik. Widać zmęczony był lataniem i zechciał odpocząć na chwilę. Może znudziły mu się podniebne loty, a może dostrzegł, że tak naprawdę z perspektywy  liścia – jednego  z tysiąca innych – świat jest równie uroczy. Może po prostu trzeba przycupnąć, rozejrzeć się…
- Zobacz! – powiedziała. – Ma  takie zmęczone skrzydła. Już chyba nie polata sobie zbyt wysoko.
- Może…
- Ale zobacz! Jak wtopił się w otoczenie… Aż dziwne… Motyl! A taki zwyczajny.
Spojrzałam na niego. W istocie był taki zwykły, jego kryptyczne ubarwienie sprawiało, że prawie wtopił się w tło…
- Chyba już nie poleci- zmartwiła się Anka. – Może ktoś mu uszkodził łuski na skrzydłach. Biedny motyl…
Zanim Anka dokończyła zdanie, bielinek zatrzepotał cienkimi skrzydełkami, a potem wzniósł się wyżej, wysoko, wysoko … i odleciał
              
     Kiedyś, ale całkiem niedawno napisałam, że nie będę pisać, że koniec i kropka. Że nie ma sensu, nie widzę celu, że koniec zabawy w pisarkę, że nie nadaję się i w ogóle. I tak myślałam. Na świadka biorę niebo i ziemię, że tak czułam i nie było w tym żadnej kokieterii. Ba! Nawet się ucieszyłam, bo pisanie to taka zmora, co to nie tyle nie pozwalała mi spać, a nawet momentami żyć…
Tak więc zarzuciłam w kąt pisanie, przykryłam ciężkim barchanem, przygniatałam cegłą, co by nie usiłowało wyjść z kąta jako ta zmora albo ów Dusiołek,  co to i sen zawłaszcza. I żyło mi się cudnie, cudownie… Niekiedy jakaś tęsknica mnie brała i wracały noce nieprzespane i wszelkie fortele, których musiałam używać, by siąść do klawiatury i pisać, pisać, pisać, zapewniając sobie spokój ze strony rodziny… Ale to czasem…
I stało się!!!
W piątek miałam spotkanie w Książnicy Stargardzkiej. Spotkanie jak spotkanie – myślałam sobie. Nie, żebym Boże broń, była rutyniarą, ale cóż innego ponad sztampowe punkty może się wydarzyć!
Wysiedliśmy przed Książnicą w Stargardzie. Już na półpietrze ujrzałam na posterze swoje nazwisko. Dalej weszliśmy do sali, w której sympatyczna pani Ewa podjęła nas jak gości. Zaraz też nadeszła pani Ania – filigranowa osóbka w wieku mniej więcej moich synów oraz dyrektor Książnicy – pan Krzysztof. Bardzo szybko rozmowa się rozkręciła. Pani Ania, pokazała mi salę, w której miało odbyć się spotkanie. I tu pierwsze moje zaskoczenie! Nie było przypadku! Wszystko obmyślane, ustalone… Poczułam się szalenie wdzięczna, zażenowana i… zadowolona. Ważna!
Sala wypełniła się ludźmi i spotkanie zaczęło się. Pani Ania – profesjonalistka w każdym calu – wiedziała, o co mnie pytać. Nie było sztampy! Oczytana, obeznana w literaturze, serdeczna… wzbudziła mój wielki szacunek. A potem jeszcze ludzie, którzy uczestniczyli spotkaniu…
Z minuty na minutę rosła temperatura spotkania…
              A ja czułam jak z połamanych kikutów moich skrzydeł wyrastają zaczątki skrzydeł… Kalekie jeszcze i niezborne,  i na pewno nie zdolne do wysokich lotów…
„Będę pisać” – pomyślałam sobie. Bo warto, bo jest sens, bo jeśli ludzie mnie słuchali i zdarzyło się, że jedna, czy druga osoba, ukradkiem wyciera zwilżone oczy, to warto…

 Ps.

Pani Aniu Korosteńska i panie Krzysztofie Kopacki – dziękuję… podarowaliście mi nowe skrzydła.
 

 

 

niedziela, 18 listopada 2012

środa, 14 listopada 2012

sobota, 10 listopada 2012

niedziela, 28 października 2012

Sobotnio- niedzielna play lista z muzyką wpisaną w życiorys- w lata młodości, w lata pierwszego zakochania, pierwszych rozterek…


                Sobotnio- niedzielna play lista z muzyką wpisaną w życiorys- w lata młodości, w lata pierwszego zakochania, pierwszych rozterek…

zdjęcie z Internetu

                Od najwcześniejszych lat muzyka towarzyszyła mi w życiu. Pewnie to za sprawą mojego Ryśka, który cały czas śpiewał, grał na czym popadło. Wówczas to były głównie rosyjskie ballady i międzywojenne szlagiery. Nic dziwnego, że dziedzicząc po nim skłonność ( bowiem talentem bałabym się to nazwać) od wczesnych lat grałam na akordeonie, pianinie, gitarze, mandolinie, flecie prostym, poprzecznym, banjo. A i  śpiewałam – solo, w duecie, w zespole wokalnym, chórze. Oczywiście spektakularnej kariery nie zrobiłam, ale nieważne. Ważne jest to, że jako ten Janko Muzykant bez muzyki nie potrafiłam żyć.  Nigdy też nie typowałam muzyki, bo i się nie znam na tym… Moje gusta muzyczne kształtowały się poniekąd same, a czasem po wpływem osób, które były wokół… Brat, ciotki, potem grono przyjaciół…

                Pamiętam u mojej babci w Pełczycach w stołowym pokoju, do którego na co dzień nikt nie miał dostępu ( chyba że kurze powycierać), stał adapter Bambino. Cudo! Walizkowe cudo w pudle obitym siwą dermą. I na tym cudzie moje ciotki ( które zawsze były dla mnie łaskawie wyrozumiałe i nie nakazywały, bym zwracała się do nich per ”ciociu”, słuchały piosenek.  Puszczały plastikowe pocztówki, które z czasem chrapały i igła złośliwie przeskakiwała albo omijając całe frazy, ale zacinała się w rzeczy  samej – jak stara zdarta płyta.  Większość była prostokątna i w nieciekawej zieleni butelkowej.  Ale ta, która zapadła mi w pamięć była cudna! Na połyskliwej powierzchni niczym w trójwymiarze widniał bukiet pięknych czerwonych róż, które w trakcie kręcenia zamieniały się z czerwono, zielonego ślimaka. To był Tom Jones i jego Delilah!!!!


                Byłam  gdzieś w czwartej, może piątej  klasie podstawówki, kiedy rodzice mi i mojemu starszemu bratu kupili za dobre oceny i wzorowe zachowanie Mister Hita! ŁaŁ! Jak my się cieszyliśmy! Zaczął się dla nas okres zbieractwa płyt. Było trudno, ale!!! Pamiętam płytę Niemena i Anny German. Wtedy ani jeden, ani druga nie trafiali do mnie, ale przyszedł czas, że dojrzałam. Nie pamiętam, czy wtedy to był ten kawałek… Ale jakie to ma znaczenie.


                W okolicach klasy siódmej dostałam od mojego brata płytę. Była to bardzo poważna płyta, bo w brązowym etui ze szkicem wizerunku Kompozytora Sonata Księżycowa i Appassionata. Zakochałam się do tego stopnia, że przeczytałam biografię Beethovena  Georga Marka i godzinami słuchałam jego symfonii, sonat.


A potem nadeszły czasy prywatek, kiedy to do mojego brata przychodzili koledzy i koleżanki ( łącznie z moim mężem i przy zgaszonym świetle słuchali Pink Floydów. Rzadko wówczas dostępowałam zaszczytu bycia z nimi, więc ukradkiem podsłuchiwałam, uważając , by nie przypłacic tego cięgami od starszego brata i tym samym kompromitacją wśród jego gości. A tam lecieli Quenn… (Przy Bohemian Rhapsody moja wyobraźnia wznosiła się na absolutne wyżyny, a u nich robiło się dziwnie cicho http://www.youtube.com/watch?v=fJ9rUzIMcZQ) ELO, Led Zeppelin. Doorsi…

Kiedy mieszkanie wypełniały dźwięki transowej A Whiter Shade Of Pale, światła wciąż pozostawały niezapalone, a ja wciąż pozostawałam za drzwiami rosła we mnie ogromna zazdrość za wszystkie pocałunki, którymi zapewne obdarowywał dziewczyny z prywatki.


                W końcu nastał nasz czas! Naszej muzyki – tej którą nagrywaliśmy na magnetofonie szpulowym zk 140t, a potem na małym kaseciaku Mk 122 ( wszystko to nagrody za bardzo dobre oceny i …. ). I czegoż tu nie było: ABBY, przez oczywiście Beatlesów, Bee Gees, Genesis, Nazareth, Sweet, Smokie, Omegę, Locomotiv GT… Każda piosenka miała swoje osadzenie w naszym życiu… a gdzie jeszcze Drupi… a gdzie Umberto Tozzi i jego Ti Amo, a gdzie  I Santo California i Tornero… Eh!!!



A przez cały okres mojej młodości i zakochania towarzyszyła mi piosenka mało znanego Erica Carmena, która zresztą wróciła w wykonaniu Celine Dion. przywodząc na myśl niezapomniane wspomnienia


                               Potem… potem byłam mężatką….