o sobie oraz tym, co wokół

cdn.  - O "Toni"

Na stronie Szczecin czyta można przeczytać dłuuugi wywiad ze mną

http://www.szczecinczyta.pl/rozmowa-z-iwona-malgorzata-zytkowiak-autorka-toni/#more-742


I miło również, bowiem moja ksiązka trafiła za ocean  i tam w Tygodniku Plus  na str. 29 jest ciekawa recenzja

http://www.tygodnikplus.com/last_issues/PLUSNJ01122012.pdf



O języku



Czy język, którego używam, jest uniwersalny i zrozumiały? Nie wiem… Dla mnie jest. Z językiem to jest tak trochę jak z muzyką, piosenką czy np. operą. Nie czuję przemożnej potrzeby znać język angielski, by móc zachwycać się np. Beatlesami, czy Pink Floydami, nie znam francuskiego, a Edith Piaf rozrywa mnie na kawałki z każdym swoim utworem. Kiedy oglądam, słucham po raz któryś Zorbę/Zorby w poznańskim Teatrze, to i tak za każdym razem zdaję sobie sprawę, że byłam zbyt leniwa, by zagłębić się w istotę owej sztuki, i z kolejnym razem wciąż nie wiem „o co chodzi” (znam  Greka Zorbę Nikosa Kazantzakisa , rodzę się za każdym razem od nowa, gdy oglądam Anthonego Quinna i Alana Bates'a),  ale to nie przeszkadza mi, by lać łzy i wzruszać się niemal do granicy zawału serca, kiedy to już brakuje miejsca na oddech i wtedy człowiek myśli: „to już po mnie”.  I język jest mi w tych momentach zupełnie zbędny.
Nie wspominam nawet Cesarii Evory, która też mnie totalnie destruuje kombinacją dźwięków, melodii, rytmu, linii nostalgicznej, cknej, minorowej tonacji wygrywanej na pianinie… Zielonego pojęcia nie mam, o czym śpiewa owa bosonoga diva, ale myślę sobie: „nie ma takiej opcji, by świat mógł istnieć bez Cesarii…” ( zmarła niedawno- swoje przeżyłam. A ja tam pojadę na owo Cape Verde… . Muszę… Wiem, że inaczej …, kiedyś tam… umrzeć nie sposób…).

Teraz w oczywisty sposób chodzi o język polski. Lubię mój język.  Kiedy staję w klasie przed moimi uczniami, patrzą na mnie maślanymi oczami. Niekiedy myślę sobie: „cóż wy wiecie?” i nie wiem, co mam powiedzieć i jak. Ale muszę, bo oni czekają. A potem, przychodzi do mnie, że nie muszą wiedzieć, i dlatego tu są. Oni… i ja. I wtedy mówię do nich. Sublimuję słowa, dobieram odpowiednio… bo tak trzeba. Wyszukuję te najodpowiedniejsze, ale i niełatwe. Nie, żeby się popisać. Absolutnie. Ale. by pokazać bogactwo i piękno języka, różnorodność nazywań. 

Często czytam słowniki. Tak! Czytam. Bo nie wiem lub nie jestem pewna.  Bo trzeba być trochę niepewnym swego… Język? Trzeba go poznawać, by móc się nim posługiwać. Świadomie. Manipulować. Nie jest to złe, jeśli w zanadrzu nie czają się złe zamiary…jeśli nie traktujemy języka jako broni, ale narzędzia. Skądinąd bardzo ważnego. Społecznego, poznawczego, estetycznego. „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – Wittgenstein  miał rację. Niewątpliwie. Moja przyjaciółka twierdzi, że liczby rządzą światem, że to one są najważniejsze.  I ona ma rację – z a z w c z a j – ale nie tym razem. Słowa są najważniejsze. Są źródłem wszelkiego dobra i zła, wywołują konflikty i je łagodzą. „Na początku było słowo! (…)” .

            Tu chyba powinnam wspomnieć o znaczeniu onomastyki. Otóż jest ona niezwykle ważna dla mnie. Być może dlatego tak się stało, że przywiązuję tak wielką rolę do nazw, bo to było tematem mojej pracy magisterskiej. Kiedy układa mi się w głowie jakaś opowieść, szukam dla niej postaci. I tu jest zawsze problem. Postacie trzeba oznaczyć, nazwać, nadać ich charakterystyczne cechy, wyróżnić spośród innych, tak, by zaczęły istnieć w moich światach przedstawionych jako prawdopodobne, autentyczne.  Szukam dla nich nazwy, imienia. To imię w ogromnym stopniu determinuje osobowości moich bohaterów albo na odwrót osobowość determinuje imię. Kiedy mam postać w zamyśle, kiedy stwarzam jej genealogię, tworzę życiorys, muszę przede wszystkim mieć przekonanie, że nadałam jej właściwe imię. Bo dopiero wówczas, kiedy myślę „po imieniu”, mogę ją konstruować.

            Bywa tak, że wiem o czym chcę pisać, ale nie mogę w żaden sposób znaleźć tego kogoś, kogo chcę „ubrać w to życie”. I wtedy nie śpię, szukając… Aż nagle… jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wiem. Bo oto przede mną staje Sabina, Róża, czy Longin albo Stanisław. „Przedstawiają mi się” i ja już mogę snuć ich historię. I ona im pasuje! To trochę tak jakbym na nowo odkrywała ową pierwotną funkcję imienia, kiedy to wyróżniało spośród innych, ale i odznaczało, etymologia imienia była nieodłącznie związana z człowiekiem – czy to charakterem, czy wyglądem, czy miejscem. Z czasem imię zyskało inne zadanie. Stawało się zaklęciem, życzeniem rodziców, imię miało konstytuować dalsze życie dziecka. Ja też nadając imiona moim postaciom, „programuję” niejako ich życie.

Podobnie jest z miejscem/miejscami.

Dotrwałym - dedykuję










O pisaniu


Pisałam od zawsze, na wszystkim i gdzie bądź, stąd uzbierało mi się ileś kilogramów kalendarzy, zeszytów, brulionów. Uwielbiałam bruliony, notesy. Wyszukiwałam takie, które wyróżniały się: grube okładki wytłaczane, jakieś fantastyczne rysunki. Kiedyś zewidencjonowałam zapiski i chciałam popalić wszystkie te papierzyska, ale mąż mnie powstrzymał. Myślę, że przyszło mu do głowy podobnie ja mnie, że nie należy tak do końca ufać technice. Chowałam więc znowu wszystko do pudeł po butach i wrzuciłam na dół do szafy.


Pisałam wiersze. I nawet byłam dość bliska wydania ich. Był to rok bodajże 87, coś tam powysyłałam, coś zawiozłam – było to dawno, więc i przekaz nieostry. W każdym razie pojechałam na spotkanie z redaktorem i wręczyłam mu maszynopis (tak maszynopis). Wyszliśmy. Zapaliłam papierosa, jednego drugiego. Trudno było mi oddalić się spod redakcji. Na murku w parku stwierdziłam, że ja tego absolutnie nie chcę upubliczniać, że to taka straszna forma ekshibicjonizmu, na którą ja w żaden sposób nie byłam przygotowana.  Wróciłam, zabrałam wiązany skoroszyt i przeprosiłam.
I popisywałam sobie dalej. Na karteluszkach, karteczkach, notesikach. I to wszystko tez przeniosłam do folderu, opatrzonego tytułem . I mam.


Tonia


Tonia! To moje ukochane dziecko, które wiele czasu spędziło gdzieś tam. Gdyby nie absolutny autorytet i determinacja mojego męża, pewnie pozostałaby tak jeszcze długo.

W styczniu ubiegłego roku wydawnictwo Novae Res podpisało ze mną umowę ( albo ja z nim).
W maju książka ukazała się w zapowiedziach.

Wczerwcu - cieszyłam się http://www.barlinek24.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=4275&Itemid=35

I przede mną pojawiły się spotkania....
Szalenie przyjemne i tak samo stresujące


Sierpień 2011 BOK Panorama
.http://www.ebarlinek.pl/n1654-wieczorek_autorski_i_m_zytkowiak-0.html.

Zaraz wrzesień KMT Lamus- tu spotkanie i wywiad z TV Teletop
http://www.klublamus.pl/pl/archive/335-imprezy.html


A tu można posłuchać nie tylko mnie, ale fragmentu książki
http://www.tvgorzow.pl/mag_kult/2011/092703mk.html



cd.


14 października uczestniczyłam w spotkaniu promocyjnym  w WiMBP im. Zbigniewa Herberta, na którym promowałam również swoją książkę. Poniżej można się zapoznać z recenzją, jaka znalazła się w owym periodyku (str 16)
http://www.wimbp.gorzow.pl/uploaded/Pegaz%20Lubuski/1/Pegaz_3_46_WIMBP.pdf
http://www.wimbp.gorzow.pl/?art=101223


15 listopada  w Sali Stefana Flukowskiego Książnicy Pomorskiej w Szczecinie miało miejsce spotkanie autorskie. Było troche stresu, ale sutuacja dała się dość szybko opanować
http://www.ksiaznica.szczecin.pl/www/wydarzenia/single/id/399

Niejako rzutem na taśmę 22 listopada w Galerii u wspaniałej Halinki Fijałkowskiej spotkałam się z młodzieżą Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 w Barlinku
http://www.barlinek24.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=4561&Itemid=35