niedziela, 26 maja 2013

Wiem dużo, o wiele więcej niż powinnam, dlatego jest mi ciężko… w pisaniu, w mówieniu, w życiu , czyli po prostu mam za swoje…


 Wiem dużo, o wiele więcej niż powinnam, dlatego jest mi ciężko… w pisaniu, w  mówieniu, w życiu , czyli po prostu mam za swoje…


 

               

zdjęcie z Internetu
www.polskieradio.pl

Siedzimy sobie. Albo stoimy. A może tak jest, że ktoś siedzi, a ktoś stoi. Nieważne. Rzecz się ma o czytaniu, a trochę też i o pisaniu. Cwaniara jestem, bo czytam dużo! Ba! bardzo dużo! I Wielkiej Literatury ( tej przez wielkie L – tych klasyków odpowiadających kanonom piękna i stosowności – tych Dostojewskich, tych Steibecków, Pamuków oraz innych  Lessing, czy Szymborskich i Herbertów) i Literatury Dużej tej polskiej i obcej ( tych Shalev, Strout, Axelsson, Bator, Karpowicza, Stasiuka, czy Myśliwskiego i nawet Iwasiów - rodzimą skądinąd, bo niemal pod bokiem tworzy  - a i ja  żem też jako Inga z Ziem Zachodnich). Tak więc cwaniara jestem, bo sobie mogę o tym czytaniu popisać. Zdarza mi się również sięgać po literacki chłam (z szacunku do ludzi, nie wymienię nazwisk) – o poszukiwaniu nowego życia, męża, o odkrywaniu siebie, o odzyskaniu samoświadomości istnienia własnego, osobistego punku G, o robieniu konfitur, małych ojczyznach i metafizycznych związkach z onymi i et cetera. Tyle o literackich kompetencjach. Ale ja ponadto potrafię rozwiązać równanie z dwoma niewiadomymi, poznałam imperatyw kategoryczny Kanta, wiem, o co chodziło Benthamowi z Panoptikum, swego czasu zaczytywałam się w Michelu Foucault i znam prawo Hubble'a…, i jeszcze wiele, wiele  innych rzeczy. Gram na pianinie, czytuję poezję, studiuję dzieła Mistrzów ( malarskich też). Frapują mnie problemy teologii, socjologii, pedagogiki….. Wielka fascynacją zdaje się być Biblia….- (Alę się chwalę!) Nie wspomnę o innych lekturach, które samoczynnie wpadają mi w ręce, trawiąc nie tylko mój czas, ale i mnie samą, Do szpiku kości! Bo oto zdaję sobie sprawę, że mimo to, ile wiem,… TYLE  NIE WIEM. I nawet Sokratejskie zawołanie : „wiem, że nic nie wiem”  tłumaczące poniekąd moje niedouczenie – nie jest w stanie wydobyć mnie z owej druzgocącej prawdy o własnej ułomności.


                 Bo prawda jest jaka jest. Czarne na białym widać: Głupia jestem! Głupia jestem jak but z lewej nogi( chociaż pojęcia nie mam dlaczego ten z prawej miałby być mądrzejszy)  Ot! i tyle…

Mniejsza – większa….

 

- To, co teraz czytasz? – pytanie  pada gdzieś z skądś. Pada sobie owo pytanie ani z zainteresowania, ani  z prowokacji. Po prostu – trzeba  czymś – słowami – wypełnić przestrzeń. Słowa wybrzmiałe legną w kosmoprzestrzeni… i pozostaną tam na wieczność… Świadomość  wieczności sprawia, że szukam odpowiedzi…… co to zapadnie w zbiorową pamięć na wieki wieków… ( jeszcze bez „amen”).

- „Balladyny i romanse” – odpowiadam, uśmiechając się kątem do siebie, bo oto wraca do mnie czytany tekst i zamysł  autora, który robi sobie ze mnie totalne jaja! Skurczybyk jeden! Lubię go jak jasna cholera!

- Chce ci się – pyta mnie koleżanka. – Wciąż to samo! Ludzie już rzygają Mickiewiczem!

-No,chce mi się czasem i Mickiewicza… – odpowiadam i nie chce mi się tłumaczyć, że to nie Mickiewicz, ale Karpowicz i  broń Boże Karłowicz, bo ten to zupełnie z jeszcze innej bajki.

                Cholera jasna! W tych peanach ksobnych całkiem rozmył mi się temat i refleksje popierzchały i nijak ich dopaść nie mogę. Ale suma sumarum chodzi mi o to, że zupełnie nie rozumiem współczesnej literatury. Im więcej czytam, tym mniej rozumiem. To tak jak w tym kawale o pijaku, im więcej piję , tym mniej piję, bo więcej rozlewam. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zasadą naczelną dzisiaj w wielkim świecie literatury i sztuki uznającą coś za dzieło prawie wiekopomne jest „im dziwniej, tym  lepiej”. Język wymyka się wszelkim regułom, wszelkie porządki literackie burzą się. Słowa tworki - potworki  zastępują te, co potrafią nazywać.  To, co było poezją, jest prozą i mało kto potrafi mi powiedzieć, dlaczego ten wiersz jest jeszcze wierszem, a inny to już  nie wiersz ( a pytałam Mistrzów ponoć).  Krytyka pieje z zachwytu i nikt nie odważy się krzyknąć „król jest nagi”.

I z takim bagażem doświadczeń i po takim percypowaniu sztuk wszelkich mam siąść do pisania? I tu dopiero pies pogrzebany! Bo co! Mam pisać jak Bóg przykazał z tymi wszystkimi prawidłami, z tymi szykami poprawnymi i z tymi porządkami  składniowymi, z tymi podmiotami i orzeczeniami nie na końcu zdania, bo nie dość, że źle, to jeszcze niemczyzna? I muszę spoglądać  w słownik, by nie popełnić błędu frazeologicznego i szukać synonimów, antonimów i innych homonimów? I jeszcze muszę  uczyć języka ojczystego mojego bohatera Heńka, który prosty jak budowa cepa, ale nie ma prawa powiedzieć ”poszłem”, bo mi to zaraz każą wyciąć lub naprawić.  I zakląć nie mogę szpetnie, bo mnie tu zaraz pani zapyta na spotkaniu, dlaczego takich brzydkich słów użyłam, skoro są ładniejsze. A  ja choć przecież o tym wiem, to zatyka mnie, bo po prostu  tak napisałam i już! I niech no tylko zachce  mi się pomądrować  lub pozastanawiać nad  losem – ciężką człowieczą dolą  i niedolą, to mi tu zaraz powiedzą, że się popisuję. To jak ja mam pisać? Żeby i mądrze było, i niegłupio, i żeby pokazać, że umiem, a nie popisywać się, i żeby nie było za prosto, ale i nie za trudno, i żeby ludzie chcieli  czytać, a krytyka , by się nie czepiała albo, żeby się przyczepiła i powiedziała ta krytyka: O! Ale ta Żytkowiak to napisała, że Ho! Ho! A potem, by mnie postawili na półkach w empikach i powiesili na bilbordach i w gazetach opisali w rubryce: Kultura…

To by dopiero było… Ej,życie… Ale teraz to wracam do lektur, które musze czytać, bo wypada. Jedne się już objuczyły w nominacje i nagrody, inne czekają, a ja muszę czytać… Bo jakże to – wstyd  nie wiedzieć, co w trawie piszczy….